Artykuły
Szukaj
| Stopem przez Utah |
| Relacje |
| Monday, 21 December 2009 15:57 |
|
There are no translations available.
ArchesNa początku postanowiłem się dostać do parku narodowego Arches, znanego z przepięknych łuków skalnych. Po ponad 350 km drogi z Salt Lake City wysiadłem przy wjeździe do parku, kilka kilometrów przed niemal kultowym dla miłośników sportów outdoorowych miasteczkiem Moab. Korzystając z okazji od razu złapałem stopa dalej pokonując ponad 20 km drogi w głąb parku. Ku zdziwieniu przemiłego małżeństwa, które zgodziło się mnie podrzucić, kazałem wysadzić się na kilka kilometrów przed kampingiem na końcu drogi, od którego wolałem się trzymać z daleka. Zabrałem wyprawkę w postaci jakichś owoców i oddaliłem się od szosy, by znaleźć miejsce na nocleg. Noc spędziłem pod jakąś skałą, zbierając się jeszcze przed świtem na wschód słońca, który zastał mnie w okolicy formacji skalnej Broken Arch. Przez resztę dnia włóczyłem się po Arches, a pod koniec skorzystałem z kolejnej autostopowej okazji, lądując przy drodze odbijającej w stronę kolejnego parku narodowego – Canyonlands.
CanyonlandsPo nocy przy sztolni opuszczonej kopalni (uranu lub srebra, bo te właśnie surowce jeszcze niedawno były tam wydobywane na sporą skalę), złapałem stopa w głąb Canyonlands. W Visitor's Center podładowałem baterie do aparatu i wykupiłem kilkudniowe pozwolenie na zapuszczanie się w głąb parku. Nie było to takie proste, gdyż nikt nie był w stanie zrozumieć jak się tutaj dostałem bez samochodu i jak niby mam się poruszać dalej. Nie wiedziałem też, gdzie dokładnie będę przebywał (bo było to uzależnione od stopa, którego złapię lub nie), co było wymagane do wydania pozwolenia. W końcu jakoś się dogadałem, do ręki dostając świstek z adnotacją na wypadek kontroli przez strażników: „He doesn't have a car and don't know where he wants to go” (eng. „Nie ma samochodu i nie wie gdzie chce iść”). Kolejnych kilka dni spędziłem gubiąc się i susząc w przepięknych, ale niesamowicie gorących kanionach.
Potwór z HanksvilleGdy na dobre skończył się zapasy wody, której ogromne ilości dźwigałem na plecach, postanowiłem ruszyć dalej i przedostać się na zachodnią część stanu. O stopa było niesamowicie ciężko. Samochody jeździły w ilości 2-3 na godzinę, a kierowcy stukali się w głowę widząc mnie na poboczu. Mniej więcej w połowie drogi utknąłem już na dobre. Znalazłem się w niewielkim miasteczku Hanksville, do którego podwieźli mnie jacyś starzy hipisi. Droga była pusta, zaczął padać deszcz, zrobiło się zimno, a ja stałem już kilka godzin na wylocie tego opuszczonego miasteczka w samym środku niczego, zaraz obok prawdziwego potwora.
Atmosferę rozgrzał jeden z lokalnych mieszkańców - wielki, tłusty i śmierdzący potem człowiek podszedł do mnie i wybełkotał w lokalnej naleciałości językowej, że ma tylko jeden pokój, ale chętnie mnie przenocuje i to za darmo... Nie wiem, czy coś ze mną nie tak jest, ale jeszcze w Salt Lake miałem podobne (tyle że bardziej dosadne seksualnie) propozycje od starszych panów. Chociaż kto wie, może naprawdę chciał pomóc... W każdym razie wybawił mnie jakiś Szwed (albo Norweg – już nie pamiętam), jadący właśnie do pracy. Pracował w Aspen Achievement Academy w Loa – organizacji wyciągającej dzieciaki z nałogów podczas turnusów z dala od cywilizacji. Jako, że właśnie jechał jako opieka na jeden z takich turnusów, zaproponował, że pożyczy mi swoje auto na ten czas. Ponoć głupi ma szczęście... musiałem być wtedy wyjątkowo głupi. Zabrałem wóz i pojechałem...
...do Bryce Canyon National Park:
...następnie do Zion National Park, z którego udałem się jeszcze do Las Vegas, by znów wrócić do Zion. Zwiedziłem jeszcze niewielki kanion Cedar Breaks National Monument i wróciłem do Loa, w którym umówiłem się, że zostawię samochód, którym przejechałem ponad 1500 km.
Znów czekając na stopa, złapałem lokalnego szeryfa (czy raczej to on mnie złapał). Po gęstym tłumaczeniu z mojej strony, nie wiedząc co ze mną zrobić, podwiózł mnie godzinę drogi do autostrady. Tam patrol, po obszukaniu (czy nie posiadam broni) podwiózł mnie kolejne 150 km do Green River, skąd po nocy na nasypie kolejowym złapałem autobus powrotny do Salt Lake, kończąc przygodę z południową Utah.
|







Całe wakacje w 2005 roku spędziłem w Stanach, na stypendium naukowym na Univestity of Utah w Salt Lake City. Grzechem byłoby nie zwiedzić choć kawałka tego przepięknego, niesamowicie różnorodnego pod względem krajobrazowym rejonu USA. Jak zwykle jednak znalazło się kilka ograniczeń utrudniających życie. Nie miałem jeszcze skończonych 25 lat, co przynajmniej w stanie Utah wiąże się z ogromnymi kosztami wypożyczenia samochodu (o ile byłoby to w ogóle możliwe, gdyż miałem tylko polskie prawo jazdy starego typu). Nie znalazłem też nikogo, kto zechciałby ze mną pojechać by dzielić te koszty i/lub mógłby pożyczyć wóz na siebie. Gwoździem do trumny był jakże przyziemny problem braku funduszy. Wszystkie oszczędności wydałem bowiem dokładnie tydzień wcześniej na swoją pierwszą w życiu, wymarzoną i wspaniałą lustrzankę cyfrową Nikon D70 (ponieważ był to praktycznie początek mojej przygody z fotografią, proszę o przymrużenie oka podczas technicznej oceny zdjęć ;) ). Pozostała jedynie podróż autostopem. Odradzał mi ją każdy, z którym rozmawiałem, ponieważ: a) jest nielegalna i uważana za niebezpieczną w tym rejonie, dlatego... b) Amerykanie boją się brać kogokolwiek, co więcej... c) ruch poza autostradą jest praktycznie żaden i d) odległości między siedliskami cywilizacji są spore. No cóż, jak mówią jest ryzyko - jest zabawa, więc jedziemy!
























